Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje myśli. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 stycznia 2017

525 600 minut

Nowy Rok to pewnego rodzaju „przełom”, szansa na zmiany i nowe wyzwania. Zazwyczaj po Sylwestrze z wielkim zapałem zaczynamy realizować nasze noworoczne postanowienia, które u większości nas, jak pokazują wyniki badań socjologicznych, po 2-3 miesiącach umierają śmiercią naturalną.

Przy okazji tego wpisu zajrzałam do swoich postanowień noworocznych z 2016 roku. Ku swojemu zaskoczeniu zdecydowana większość z nich nie została spełniona. Dlaczego? Można to sobie tłumaczyć na przykład średnio udanym Sylwestrem roku poprzedniego, w myśl powiedzenia „jaki Sylwester taki cały rok”. Mój rok zatem skazany był na opuchliznę i leżenie w łóżku - ogólne niepowodzenie. Można jeszcze to nieziszczenie starać się tłumaczyć lenistwem, brakiem silnej woli, niekonsekwencją, nieracjonalnym sprecyzowaniem przedmiotu postanowień. Ale czy rzeczywiście byłoby to słuszne? Czy przez to, że moje postanowienia noworoczne nie spełniły się mogę mówić o mało udanym roku?

Na pewno 2016 rok był dla mnie rokiem pełnym zaskoczeń, zmian życiowych planów i był bardzo pracowitym czasem. Pisanie pracy magisterskiej, praca zarobkowa, kilkumiesięczny remont własnego M w większości zaprzątały moją głowę i wypełniały mój cały czas. Na brak bodźców nie mogłam narzekać. 2016. był też dla mnie na pewno rokiem przełomowym po wieloma względami, a decyzje w nim pojęte będą rzutować na moją przyszłość.

Przy składaniu noworocznych życzeń często słyszę: „życzę Ci, aby Nowy Rok był lepszy niż poprzedni”. To trochę tak, jakby ktoś zakładał, że było w nim coś, co na pewno poszło nie tak, co można byłoby zmienić i że nie jestem z niego do końca zadowolona. Ja jednak życzyłabym sobie, żeby 2017 rok był równie dobry jak poprzedni, żeby nie zabrakło w nim tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy są przy mnie cały czas i którzy się pojawili oraz żeby zamiast mniej lub bardziej celnych i realnych postanowień przede wszystkim nie zabrakło w nim całym 525 600 minut wypełnionych miłością. Tylko tyle i AŻ TYLE.


„Pięćset dwadzieścia pięć tysięcy i sześćset minut
Czym rok odmierzyć? Jak zmierzyć go?
Świtami, zmierzchami, kubkami wypitej kawy?
Calami, milami, śmiechem czy łzą?
Pięćset dwadzieścia pięć tysięcy i sześćset minut
Czym rok odmierzyć, jak zmierzyć go?
Więc miłość weź
Pamiętaj że z nieba pochodzi ten dar
Więc miłość weź
Dziel ją, mnóż ją, twórz ją
Tylko czas zmierz
Miłość, miłość niech mierzy twój czas
Porami jej
Miłości czas
Miłości czas, miłość niech mierzy twój czas”


https://www.youtube.com/watch?v=iG79YmB2Zc8

sobota, 31 grudnia 2016

Happy New Year!

Już za parę godzin przywitamy Nowy Rok!


Niech Nowy Rok będzie dla Nas szansą na całkowite otwarcie się na dobro i wdzięczność, za to co było i jest.

Życzę i Wam i sobie, żebyśmy dostrzegali małe-WIELKIE rzeczy i potrafili się z nich radować, byśmy potrafili zachwycać się ludźmi, światem i wszelkim stworzeniem, byśmy byli dla siebie przezwoicie dobrzy i życzliwi, byśmy mieli serce i patrzyli sercem! :)
Od Siego do Siego Roku!!

sobota, 24 grudnia 2016

Nim błyśnie pierwsza gwiazdka...

...chciałabym Wam życzyć, by w ten świąteczny czas nie zabrakło w waszych sercach dobrego słowa dla drugiego człowieka i (nie)zwykłej ludzkiej życzliwości :) A wszystkim tym, którzy wierzą w Boże Narodzenie życzę dobrego przeżywania tej wielkiej tajemnicy! Chrystus się Nam dziś narodzi!! :) Raduj się świecie! :)

wtorek, 20 grudnia 2016

Na długo przed świętami…

Po bardzo długiej nieobecności chciałam zacząć od wpisu nastrajającego bożonarodzeniowo - od fotorelacji z jarmarku wiedeńskiego, na którym miałam być okazję w ubiegłym tygodniu. Jednak w obliczu poniedziałkowej tragedii w Berlinie byłoby to trochę nie na miejscu…

Zacznę zatem inaczej.

Nie wiem jak jest w waszych domach, ale my do Świąt Bożego Narodzenia można powiedzieć, że przygotowujemy się przez cały rok. Ci, którzy znają mnie i moją Mamę wiedzą, że dla nas czas przygotowań do świąt bez tworzenia wianków to czas jałowy. Przez cały rok szukamy przeróżnistych inspiracji i materiałów na nową wiankową odsłonę. Co roku w innej formie, z nowymi elementami tworzymy kolejne ozdoby rozdając je ludziom, których lubimy, szanujemy, kochamy oraz wszystkim tym, z którymi chcemy podzielić się cząstką nas samych.




W tym roku wpadł nam do głowy pomysł bukowy...

A to co u nas w myślach zazwyczaj przechodzi do konkretnych czynów oznaczać mogło jedynie to, że połowie września zapuściliśmy się w buczyny nieopodal naszego miasta.

Nie wiem czy kiedyś mieliście okazję widzieć szyszki bukowe, ale ja jestem nimi totalnie oczarowana! Moim zdaniem są niezwykle piękną ciekawostką przyrodniczą: ze względu na oryginalny pokrój oraz na to, że rosną na drzewach liściastych. Każda szyszka stanowi okrywę dla bukowego orzeszka (tzw. bukwi), który jest jadalny i jadany przez zwierzęta i ludzi.



Na początku ciężko byłoby nam znaleźć szyszki ze względu na ich kolor zlewający się z runem leśnym.


Jednak po zmianie perspektywy na bardziej poziomą i pozycji na "półleżącą" dostrzec można było długi bukowy dywan. I tak po półtorej godziny, w trzyosobowym składzie Zbieraczy, mieliśmy trzy pełne siatki leśnych owoców.


Przeleżały one do grudnia czekając na adwentowy radosny czas i... bukowy zawrót głowy. W ruch poszły: siano, szyszki, biała farba, koralikowe łańcuchy choinkowe, kryształki i brokat, by po wielu godzinach pracy powstały bukowe wianki:



Kilka wianków trafiło już w ręce naszych Dobrodziejów, a kilka dopiero zapuka do ich drzwi…
Puk, puk... Kto tam?

poniedziałek, 8 lutego 2016

Pięćdziesiąt lat minęło jak jeden dzień :)

2 lutego 2016 mojej Mamie stuknęła pięćdziesiątka.Odkąd pojawiliśmy się wraz z bratem na świecie, Mama zawsze dawała Nam odczuć, że jesteśmy dla niej najważniejsi, że nasze dobro jest ważniejsze niż ona sama.

Mama jest niesamowicie uśmiechniętą osobą. Dzięki swojej życzliwości, naturalnej i niewymuszonej pogodzie ducha potrafi zjednywać sobie ludzi.

Ponadto, jest niesamowicie utalentowana. Nieraz na blogu prezentowałam jej niesamowite wianki, uszyte lalki, odrestaurowane meble, itd… Ma bardzo dobry gust i styl.

Moja Marysia jest także bardzo empatyczna, altruistyczna, wrażliwa na krzywdę innych ludzi i piękno świata. Posiada wyjątkową mądrość życiową. I choć potrafi czasami zdrowo opierniczyć, to nie z chęci uniżenia kogoś, ale ze względu na troskę i matczyne „sprowadzenie na ziemię”.

Zawsze służy dobrą radą, wyważonym i smacznym żartem. Zawsze też wspiera w trudnych wyborach, dylematach, a co najważniejsze pozostawia w tym wszystkim miejsce na wolność oraz własne zdanie, bo ufa i wie, że każdy samodzielnie musi podjąć decyzję.

To dzięki Niej z domu wyniosłam poczucie akceptacji i bezwarunkowej miłości. To za Jej przyczyną w świecie staram się dostrzegać pozytywy. To ona zaszczepiła we mnie wartości, a swoim postępowaniem i przykładem nauczyła czym jest dobroć, szacunek, przyjaźń i miłość.








Mama ma w sobie „to coś”, które przyciąga. To coś, co sprawia, że mimo tego, że mając 23 lata, po każdym powrocie do domu czy dłuższej rozłące rzucamy się sobie w ramiona i tulimy ile sił w mięśniach.


Samych radości i długich lat życia w dobrym zdrowiu Mamo! :**

(Życzę sobie, żebym kiedyś była choć w jednej setnej taka jak Ty)

sobota, 20 czerwca 2015

Mniej na głowie, czyli akcja Daj Włos Fundacji Rak&Roll :)

Już za kilka chwil lato. W rywalizacji pór roku – zajmuje w moim rankingu – silne, drugie miejsce. Faworytem jest oczywiście wiosna.
Wiosna to niesamowity czas, kiedy wszystko budzi się do życia, a mi powracają siły witalne. To też dla mnie czas zmian i porządków. Co roku staram się zmienić coś na wiosnę. Tym razem padło (mi) na głowę, a precyzując - coś z głowy spadło.



Odkąd pamiętam miałam długie włosy. W czwartej klasie szkoły podstawowej zdecydowałam się na drastyczne cięcie, na tzw. „chłopaka”. Kiedy włosy zaczęły odrastać, nie decydowałam się na ich ekstremalne skracanie. Były co prawda różne podcięcia, zmiany koloru (czego dzisiaj trochę żałuję), jednak zawsze włosy nie były krótsze niż akceptowalna długość – do ramion. Lata zapuszczania, farbowanie powodowały, że ich pielęgnacja stawała się coraz bardziej uciążliwa i czasochłonna. Na głowie lądowały tony odżywek, mgiełek, maseczek i innych specyfików – by nadać włosom blasku, by lepiej je rozczesywać, by odżywić zniszczone końcówki. Cały czas jednak ŻAL było ich ściąć, bo długie, bo ładne, bo itd… Pielęgnacja włosów zaczęła jednak coraz bardziej męczyć i denerwować, ale bojaźń przed ścięciem i powracając myśl „jak będę wyglądać w krótszych??” brały górę.


Pierwsze myśli o skróceniu włosów pojawiły przed nagraniem materiału do radia o akcji „Daj Włos” Fundacji Rak&Roll. Rozmawiałam wtedy z Martą, która zdecydowała się oddać 27cm włosów na cele fundacji, bo chciała zrobić coś dla innych – ulżyć w walce z chorobą kobietom pokrzywdzonym przez los.

Fundacja Rak&Roll robi peruki z naturalnych włosów, które przekazuje kobietom po chemioterapii. Trafią one do tych, które utraciły swoje włosy podczas walki o zdrowie/życie, a wszystko po to, by w dalszym etapie leczenia mogły wyglądać i czuć się lepiej.

Pomyślałam sobie wtedy, że też oddam swoje włosy. Jednak pozbycie się dwudziestu kilku centymetrów spowodowałoby to, że nie mogłabym związać włosów w kucyk na czym bardzo mi zależało. Postanowiłam, że po obronie magisterki zetnę włosy, ale myśl o oddaniu włosów wracała do mnie jak bumerang. Aż tu nagle… Na funpage’a fundacji Rak&Roll administrator wrzucił to zdjęcie:


Kiedy zobaczyłam na nim piękną, łysą kobietę pomyślałam sobie: Dżoana, jaka Ty jesteś durna! Od dłuższego czasu męczysz się z długimi włosami, boisz się tego, jak będziesz wyglądać w krótszy włosach, a ktoś nie ma ich wcale i pewnie ucieszyłby się z kawałka twojego kucyka. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że najwyższa pora, że oddać innym (dosłownie) kawałek siebie.

Jako, że często jak sobie coś postanowię to to realizuję, wyszukałam w Internecie salony, które współpracują z Fundacją Rak&Roll i umówiłam wizytę. Wcześniej jednak moja koleżanka Ania zrobiła mi – wymarzoną, wiosenną sesję zdjęciową w długich włosach.



5 maja 2015r. narodziłam się PONOWNIE (Mamo, wiesz o co chodzi? ;)). Nowa ja - uboższa o 25cm włosów i bogatsza, o nieopisaną radość z pomocy drugiemu człowiekowi.
Po ścięciu okazało się także, że włosy bez problemu zwiążę w kucyk, a długość jest akuratna :)



Długie włosy są niewątpliwie atutem kobiecości. Długowłose kobiety bardziej podobają się mężczyznom, niż te w krótkich – to fakt. Pewnie i ja w długich włosach wyglądałam lepiej. Sama fryzjerka kilkakrotnie przed ścięciem pytała się mnie czy jestem pewna i czy nie jest mi żal włosów. Nie było, nie jest i mam nadzieję, nie będzie kiedy być może znowu zdecyduję się oddać swoje włosy. Zrobiłam coś dla innych, ale też dla samej siebie.

I jeszcze na koniec (tego chyba najdłuższego w dziejach bloga wpis) apel do Was dziewczyny (chociaż mężczyźni też mogą oddawać włosy):
Jeśli któraś z Was zastanawia się nad ścięciem włosów – zachęcam do tego ogromnie. Jeśli któraś, chce oddać włosy na cele fundacji – zróbcie to. Dajcie trochę swojej kobiecości innym kobietom. Niech sobie owa kobiecość powędruje – z myśli na czyny, z głowy na głowę, z waszego serca na uśmiech na twarzy chorych na raka kobiet… i jeszcze dalej. A co!


Poniżej wklejam Wam instrukcję ścinania włosów:

Minimalna długość włosów, które można przekazać fundacji to 25 cm. Włosy należy przed ścięciem umyć, bez korzystania z odżywki, nie wolno także pomieszać końca włosów z nasadą. Włosy mogą być farbowane - ważne aby nie były zniszczone.
Włosy można obciąć w każdym salonie fryzjerskim, ważne jest, by były one ścięte według poniższych zasad:
1. Umyte i wysuszone włosy dzielimy na kilka pasm.
2. Każde pasmo pleciemy w warkocz, po czym wiążemy gumką (najlepiej recepturką)
dla bezpieczeństwa w kilku miejscach.
3. Warkocze ucinamy około 2 cm powyżej utrzymującej ich gumki (od strony głowy), nie należy ich wyrównywać.
4. Ścięte i dokładnie wysuszone warkocze zawijamy, np. w papier.
5.Oznaczamy nasadę włosa, np. wkładamy pod gumkę karteczkę z napisem "nasada".
6. Włosy wysyłamy na adres Fundacji podany poniżej:
Fundacja Rak'n'Roll
ul. Bagatela 10/17
00-585 Warszawa


Więcej o akcji Daj Włos znajdziecie tutaj:
http://www.raknroll.pl/co-robimy/programy/daj-wlos/


Pozdrawiam Was serdecznie,
Asia

piątek, 11 kwietnia 2014

Dzień Radia :)

11 kwietnia 1923r. Stowarzyszenie Radiotechników Polskich uchwaliło dokument pt: „Opinia zarządu SRP w sprawie wytycznych do ustawy radiotelegraficznej”, który stał się kamieniem węgielnym w rozwoju polskiej radiofonii. Od 1926r., co roku tego dnia, obchodzimy Dzień Radia.

Każdy z nas ma marzenia. Jednym z moich największych marzeń jest praca w radiu. Radiowym bakcylem zaraziłam się w liceum. Na „antenie”, w pokoiku 1m x 1,5m, który był naszym „studiem”, kilka razy w tygodniu czytałam kalendarium, ogłoszenia i puszczałam muzykę. Ta niezapomniana przygoda trwała rok, niemożliwie mnie motywując i dodając odwagi. Radio zmieniło moje postrzeganie świata, samej siebie, umożliwiło poznanie niesamowitych ludzi i wyleczyło z niektórych kompleksów.


„Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jak raz wdepniesz w radiowe gó$#% [red. bagno], to się z niego nie wydostaniesz?”. To pytanie zadał mi na pierwszym spotkaniu w sprawie radiowych praktyk mój (obecny) opiekun - Pan Wojciech. Wtedy chyba nie zdawałam sobie sprawy z mocy tych słów. Z każdym dniem jednak utwierdzam się w tym, że chcę grzęznąć w tym bachorze jak najdłużej. Let the journey begin!!! :)))))




^Dzięki szkolnemu radiu poznałam m.in Domi, mojego ukochanego Aniołeczka! :)

A Wy słuchacie jakiegoś radia? Macie swoje ulubione audycje? ;>
Pozdrawiam Was gorąco,
Asia :)

czwartek, 31 października 2013

Halloween

W przeddzień pełnego zadumy Dnia Wszystkich Świętych, jak co roku w Polce zaczynają pojawiać się burzliwe dyskusje. Telewizje śniadaniowe pokazują migawki z cmentarzy, przeplatając je z setkami o dekorowaniu dyni czy ludźmi przebranymi za wampiry, duchy, dynie, wiedźmy. Część społeczności facebook’owej w ramach halloween’owego buntu ustawia jako zdjęcia profilowe sylwetki świętych. Mimo to, fanpage klubów wciąż zapraszają na hiper-wystrzałowe imprezy.


Bawić się czy dać sobie chwilę na refleksje? A może dziś impreza a jutro zaduma? Wybrać angielską modę czy pozostać w zgodzie z tradycją? Niech każdy rozsądzi według swoich upodobań.

Oby wszyscy Ci, którzy wciąż głośno wykrzykują (często puste) frazesy w stylu „Zdecydowane NIE Halloween” (podobnie z resztą jak ja rok temu) szczerze dziś oddali się rozważaniom nad przemijaniem, kruchością życia i świętością, wyłączając przy tym swoje radiowo-telewizyjne odbiorniki.

I żeby nie było zbyt sztywno, zakończę taką oto anegdotką:
ostatnio na zajęciach witrażu mała Zuzia zastanawiała się w co ma się przebrać na Halloween, by znów zaskoczyć swoich sąsiadów. Na co ośmioletni kolega "doradził" jej dosadnie, że „nie musi się za nic przebierać, bo i tak wygląda jak czarownica”. Jakkolwiek nie było to wredne, to rozbawiło mnie ogromnie.

Pozdrawiam Was gorąco i życzę spokojnego świętowania,
Asia :)

środa, 3 lipca 2013

Bo ludzi z pasją chętnie(j) się słucha.

Nareszcie koniec egzaminów! Wreszcie nadeszły upragnione wakacje, a wraz z nimi - początek leczenia. Każda sesja pochłania dużo mojego czasu, ale i zdrowia. Prędzej czy później ją odchorowuję. Tym razem dopadło mnie przed, w czasie i po sesji. A teraz jeszcze alergia zaczyna mi grać na nosie... Jednym słowem - wesołe jest życie staruszka... :)) Ale dzisiaj nie o chorobach i innych dolegliwościach - tylko o pasjonatach wszelkiej maści.


Pasjonaci cisi i hiperaktywni

Lubię ludzi, którzy mają coś mądrego do powiedzenia. Nie o innych, dzisiejszej pogodzie czy kłótniach w polityce - tylko o sobie, swoich dokonaniach, przeżyciach i stworzonych "dziełach". Nieraz z rozdziawioną buzią słuchałam opowieści mojego kumpla Jarka, który podróżuje po świecie rowerem czy stopem, o tym co i kogo spotkał na swej drodze, jak wybrnął z pułapek/barier kulturowych, językowych, itd. Nieraz z niedowierzaniem patrzę na moją mamę - cały czas tworzącą coś nowego do domu, przeglądającą z pasją blogi, wnętrzarskie katalogi - która zainspirowana kawałkiem materiału jednego dnia, następnego potrafi uszyć nowy komplet obić na krzesła. Takich osób jest więcej - tylko często niczym kameleony wtapiają się w środowisko i dlatego niezauważenie przechodzimy obok nich. Pokornie, w domowym zaciszu robią niesamowite rzeczy, o których rzadko opowiadają. A warto mówić i się chwalić (nieprzesadnie), dając tym samym świadectwo, że można i da się.



Kilka lat temu znajomy mojej mamy, już jako dojrzały mężczyzna, postanowił nauczyć grać się na gitarze. Połknął bakcyla i rozkochał się w graniu tak, że dziś ma własną pracownię gitar klasycznych. Zuzia Górska (znana blogerka, która otworzyła pracownię torebek) to kolejny przykład, na to, że marzenia, ale i konkretne działania idą z pasją w parze.

Pasja to coś więcej niż tylko pomysł i chęci. Pasja to przede wszystkim moment, w którym "chciałabym chciała", zamienia się w realizację marzeń, celów czy dążeń. Nie zawsze z wielką pompą, nie zawsze na globalną skalę, ale zawsze do kroczek do przodu i cały czas dalej.

Często jednak nasze "widzimisię" nie mogą być zrealizowane przez ograniczające nas finanse. Co wtedy pozostaje? Kombinowanie (w pozytywnym sensie), szukanie, podpytywanie, czytanie i ruszenie główką. Chciałabyś zacząć szyć, ale nie masz maszyny? Zapytaj babci czy nie ma, przejrzyj ogłoszenia i portale, bo może za nie wielkie pieniądze, ktoś z chęcią odda sprawny sprzęt. (Ale materiały jeszcze do tego... a one takieeeeee drogiieee...) Nie bój się przejść do second handu, poszukać kawałka starej zasłony i stworzyć z niej kolorowego jaśka. Świat stoi otworem i tak wiele można zrobić wykorzystując swoją wyobraźnię i umiejętności. Raz coś się uda większym, raz mniejszym nakładem pracy i kosztem, ale nigdy nie można ograniczać się do jakże lotnych dziś: "to się nie uda" czy "nie warto próbować", czyli poddawać się już na starcie.


Pasja daje poczucie spełnienia, buduje poczucie własnej wartości, aktywizuje, uwrażliwia i twórczo zajmuje wolny czas. Powoduje, że jałowe staje się smaczne, dotychczasowe choroby cudownie znikają, a nieobejrzenie kolejnego odcinka "Trudnych spraw" nie jest już sprawą życia i śmierci.


Bo ludzi z pasją chętnie(j) się słucha

To ważne, żeby otaczać się pasjonatami. Tak wiele jest prawdy w przysłowiu: "z jakim przystajesz, takim się stajesz". Jeśli Twoje dziecko będzie dojrzewało w towarzystwie "chłopaków z pod bloku", sączącymi co wieczór "Leśnego Dzbana" pod klatką, istnieje mała szansa, że wyrośnie na obywatela pełnego cnót. To sama analogia tyczy się rodziców, których "pasją" jest oglądanie telewizji lub mycie okien...

Cały czas kształtujemy swoją osobowość poprzez kontakt z innymi. To, że mam swoje hand-made-hooby, nie jest tylko i wyłącznie moją zasługą. Patrząc na ludzi, z którymi przebywam, zdecydowana większość z nich ma ogromnego powera i sama coś robi. To mobilizuje i przyciąga, sprawia, że w głowie zaczyna świecić żaróweczka z napisem "ja też chcę", a potem zapala się kolejna, kolejna i kolejna: "dam radę", "uda mi się", "ja też potrafię". Taka twórcza reakcja łańcuchowa.

Słuchanie ludzi z pasją potrafi nieźle nakręcić. W mojej głowie od razu pojawia się tysiąc różnych pomysłów. Przy okazji kombinuję, jak te pomysły wprowadzić w świat rzeczy i jeśli nie umiem czegoś zrobić sama, to szukam kogoś, kto może mi pomóc. Tak było i tym razem. Słuchając cały rok opowieści pewnej charyzmatycznej Pani Doktor - pasjonatki mniejszości łemkowskiej w Polsce, postanowiłam, że coś Jej podaruję. Potrzebne były mi jednak posiłki i tym razem padło na moją mamę i sąsiadkę Elę.

Oto algorytm powstawania łemkowskiego woreczka na "przydasie". Potrzebne jest:

1) Znalezienie wzoru haftu.



2) Poświęcenie kilkudziesięciu minut na "kratkowanie" w Paincie.


3) Uzdolniona sąsiadka, której nie straszne wyszycie 1887 krzyżyków.



4) I wspaniała Mama, która spełnia zachcianki kochanej córuni i szyje lniane woreczki :)))





I tak "wspólnymi" siłami (chociaż ja w tym przypadku byłam bardziej menagerem, pomysłodawcą, projektantem niżeli wykonawcą) powstał drobny upominek.



Podoba się Wam? Czy Wy też lubicie posłuchać kogoś z powerem?

Pozdrawiam słonecznie,
Asia
:)))

wtorek, 18 czerwca 2013

Jaśminowo...

Jeszcze tylko dwa tygodnie i wakacje. Już nie mogę się doczekać!


Moja św. p. babcia Józia uwielbiała jaśmin. Mama często wspomina, że to po Niej odziedziczyłam miłość do mleka (babcia była mleczarką) i kwiatów. Ponoć jestem do Niej podobna i "Coś Józkowego" w sobie mam :)













Pozdrawiam jaśminowo,
Joanna Maria Józefina :)

sobota, 15 czerwca 2013

Michael Bublé

Znacie Michaela Bublé? Pierwszą piosenką jaką usłyszałam w jego wykonaniu było „Feeling Good”. Wtedy totalnie zauroczył mnie jego głos, nienagannie czysty śpiew i talent.


Michael jest prekursorem nowego gatunku muzycznego jakim jest jazz popularny. Od dobrych sześciu lat jestem miłośniczką standardu. Franka Sinatry, Tony’ ego Bennetta, Elli Fitzgerald oraz młodziaków: Diany Krall, Norah Jones czy Amy Winehouse słucham często, jednak czasami muszę sobie zrobić od nich przerwę, bo mnie przytłaczają. Michaela jednak mogę słuchać non stop. Jego muzyka jest taka lekka, miła dla ucha i niebywale piękna (i samemu Bubléowi niczego nie brakuje, hihihi). :)


Ostatnio odżałowałam ponad czterdzieści złotych, żeby zamówić jego autorską książkę.


Z bólem serca muszę przyznać, że lektura nieco mnie rozczarowała. Wiadomo, że Bublé pisarzem nie jest, jednak decydując się wydać książkę, trzeba coś w niej i nią zaprezentować. Autobiografia zawarta została w nieco ponad siedemdziesięciu stronach (jakaś 1/3 objętości całości) do fenomenalnych nie należy. Styl autora średni, zdecydowanie za mało tekstu i ładu. Co prawda jej wydanie jest przepiękne, wiele w niej cudnych fotografii Michaela (autorstwa Deana Freemana), jednak po "autobiografii" spodziewałam się czegoś ambitniejszego, niż tylko fotoksiążki.








Jaka by jednak kiepskie w moim odczuciu nie było jego dzieło, to muzycznie i tak będę wychwalać go pod niebiosa :)Poniżej posyłam Wam kilka linków do moich ulubionych piosenek Majkelka :)
















Czy ktoś z Was czytał „Na scenie za sceną”? Jakie są Wasze odczucia? :) Co sądzicie o jego twórczości? :)

Pozdrawiam serdecznie,
Asia ;)

poniedziałek, 20 maja 2013

Komunijnie... :)

Wczoraj moja kuzynka Justynka pierwszy raz przyjęła Pana Jezusa. Życzę Ci Justysiu, żeby jak najczęściej gościł ON w Twoim sercu. :)












^Pan Kościelny sam poprosił o zdjęcie :)













Pamiętam jak jedenaście lat temu, to ja miałam straszną tremę w Dniu Pierwszej Komunii Świętej. Tego dnia niosłam dary do ołtarza. Byłam bardzo zestresowana i jednocześnie podekscytowana. Ciężko było mi wyjść z ławki, gdyż miałam sukienkę z tzw. „kołem”. Najgorszym jednak dramatem była plama na mojej komunijnej kreacji. Koleżanka z klasy dając odpalić mi świecę, przypadkowo oblała mnie woskiem. Zmartwieniem jednak nie było to plama w ogóle zejdzie, lecz raczej to czy „mama nie będzie krzyczała”. :))

Jako dodatek do prezentu podarowaliśmy Komunikantce koszyczek wypełniony kwiatami. Mama zapewniła kwiecie (konwalie, kaliny, eukaliptus i zielone wypełniki), materiały florystyczne, pobieliła wiklinę, a ja ułożyłam kompozycję.



Gratisowo załączam jeszcze kilka zdjęć konwalii majowej :)











Moją sukienkę komunijną zaprojektowałyśmy z mamą same. Była skromna, prosta i moim zdaniem bardzo piękna.




Mama od dziecka liczyła się z moim zdaniem i dawała mi „ramy”, w których mogłam się poruszać i dokonywać wyborów. W kwestii ubioru często miałam wolną rękę. Nie ingerowała przesadnie w to, co na siebie codziennie zakładałam. Stroiłam się sama. Mama często jednak z uśmiechem na twarzy wspomina moje „modowe” wtopy z dzieciństwa i bardzo nieudolne próby zestawiania ciuchów. Do dziś nie krytykuje mojego (momentami bardzo dziwacznego) stylu, za co jestem jej bardzo wdzięczna.

Przy mojej mamie nie można za dużo mówić, bo plany błyskawicznie stają się rzeczywistością. Tak było i tym razem, gdy w ciągu jednego wieczoru spełniła moje „widzimisię” w postaci koronkowej sukienki. Rachu-ciachu i kreacja była uszyta.
Mama zawsze wyciągnie skądś różne materiały, lamówki, wstążeczki, koroneczki. Taki z niej człowiek-chomik i typowy zodiakalny wodnik-zbieracz. Jakkolwiek by mojej mamy nie nazwać, to jedno określenie jest najbardziej adekwatne - jest ona prawdziwym ANIOŁEM!





Sukienka i tym razem była prostego kroju. Wygląda tak:






^ Z moim przystojnym (stanu wolnego) bratem!


Jak się Wam podoba?
Pozdrawiam gorąco i czekam na Wasze opinie,
Asia :)